Górale wspominali tych, którzy "poszli za wierch" (zdjęcia, video)
Czwartek, 1 stycznia 1970 01:00
Tradycja pamięci o podhalańskich muzykantach trwa już ponad trzy dekady. W Zakopanem odbyły się 32. Muzykanckie Zoduski - spotkanie pełne wspomnień i muzyki. Choć tegoroczna edycja była skromniejsza, nie zabrakło wzruszeń, dźwięku skrzypiec i śmiechu - bo, jak mówią górale, muzykantów nie wypada wspominać smutno.
W starym, drewnianym kościółku na Pęksowym Brzyzku, rozpoczęły się 32. Muzykanckie Zoduski - wyjątkowe spotkanie poświęcone pamięci tych, którzy przez lata tworzyli muzyczną duszę Podhala. Uroczystość rozpoczęła się mszą, a po niej uczestnicy - ubrani w tradycyjne góralskie stroje - przeszli na stary cmentarz, by złożyć kwiaty i pomodlić się przy grobach muzykantów.- W tym roku Zaduszki są trochę mniejsze. 32 lata temu wyglądało to zupełnie inaczej - wspominał Jan Karpiel-Bułecka. - Zbieraliśmy adresy muzykantów z całego Podhala, nawet ze Słowacji. Każdy dostawał zaproszenie imienne. Na pierwszych Zaduszkach było 250 uczestników! Dziś to już mniejsza wersja, bo ludzie się postarzeli, wielu odeszło.
Po modlitwie barwny korowód muzykantów i śpiewaków ruszył Krupówkami w stronę Białej Izby Związku Podhalan. Po drodze rozbrzmiewały skrzypce, basy i śpiewy, które przyciągały przechodniów i turystów. W Białej Izbie rozpoczęły się tradycyjne posiady - wspominki, granie i rozmowy o dawnych czasach.
- Jak to mawiają: "Wesołość, wesołość, kiedy będzie ci dość. Takiej wesołości każdy nam zazdrości" - cytował z uśmiechem Krzysztof Gocał, prezes Związku Podhalan oddział Poronin. - Jak można wspominać smutno tych, co całe życie ludzi weselili? Zagraliśmy nuty ślebodne, krywania, krzesane i sabałowe - takie, które duszę poruszą.
Podczas spotkania zabrzmiała muzyka zespołu Budorze, a także rodzinne granie trzech pokoleń Walkoszów-Berdów. Nestor rodu, Florian Walkosz-Berda, był najstarszym z obecnych muzykantów. Towarzyszyli mu córka Bogumiła Dańko z mężem Andrzejem, ich syn Antek oraz kolega chłopca, Jaś Bukowski.
Karpiel Bułecka zwracał uwagę, że choć muzyka góralska wciąż żyje, jej charakter powoli się zmienia. - Każda wieś miała kiedyś swój styl - w prymie, w skrzypcach, w sposobie grania. Dziś te różnice się zacierają. Giną style muzyczne, tak jak gwary. Ale taka jest kolej rzeczy. Teraz chłopcy grają razem - jeden z Kościelisk, drugi z Poronina - i ta muzyka się unifikuje. Trochę tego szkoda, ale najważniejsze, że wciąż grają.
Podczas Zaduszek wspominano legendarnych muzykantów, którzy przez lata kształtowali brzmienie Podhala - m.in. Gienka Wilczka z Bukowiny, Tadeusza Szostaka-Byrdę ze Stasikówki czy Jana Stocha z Gronkowa. Ich nazwiska wciąż są wymieniane z szacunkiem, a melodie, które zostawili po sobie, nadal rozbrzmiewają z nagrań.
Choć dziś, jak mówi Bułecka, "świat się mały zrobił", a dawne animozje między wioskami zatarły się, idea Muzykanckich Zoduszek pozostaje ta sama - spotkać się, zagrać, powspominać i podziękować tym, którzy zostawili po sobie muzykę.
- Kiedyś bywało, że nawet dochodziło do kłótni i bójek, jak jeden drugiemu przyganiał, że źle gra. Ale te czasy minęły. Teraz muzycy się uzupełniają. Jak nie masz muzykanta z Zakopanego, to pomoże z Dzianisza, Poronina, czy Orawy.
W Białej Izbie, przy dźwiękach skrzypiec i rozmów, czas płynął powoli. Wspominano nie tylko zmarłych, ale i dawne czasy - gdy muzyka była sposobem życia, a każde wesele, chrzciny czy odpust niosły echo nut z Podhala.
em/s
Więcej na temat
komentarze
reklama








