Oskar Kaczmarczyk nie zwalnia tempa

Czwartek, 1 stycznia 1970 01:00

- Juniorzy tworzą liczniejszą i mocniejszą grupę niż seniorzy w klasie open. W biegu kwalifikacyjnym ja i Emil Juszczak wykręcaliśmy zdecydowanie lepsze czasy. Najszybsze nasze okrążenie wyniosło 44 sekundy, oni potrzebowali 55 sekund – mówi Oskar Kaczmarczyk.

Nowotarżanin opowiada o drugiej eliminacji mistrzostw Polski w superenduro juniorów w Buczku. Spisał się tak samo jak w pierwszej przed kilkoma tygodniami. Wygrał pierwszy wyścig, a w drugim był drugi. Mimo, iż w pierwszym biegu zdeklasował drugiego na mecie Emila Juszczaka - był od niego o 15 sekund szybszy, a w drugim wolniejszy o 6 sekund - to w klasyfikacji ogólnej rajdu był drugi. W myśl regulaminu, gdy zawodnicy zdobywają identyczną ilość punktów, o pierwszym miejscu w zawodach decyduje miejsce w finałowej rozgrywce. Po dotychczasowych eliminacjach, odrzucając najgorsze starty, Oskar w klasyfikacji generalnej mistrzostw zajmuje ex aequo pierwsze miejsce.

- Zawody były dobrze zorganizowane przez Łódzki Klub Motorowy, ten, który organizował eliminacje mistrzostw świata – mówi ojciec i jednocześnie trener Oskara, Przemysław Kaczmarczyk. – Przeszkody urozmaicone, zbudowane z pni drzew i dużych opon, były też górki do skoków. Trasa trudna technicznie, wymagająca dobrego przygotowania. Pogoda na szczęście dopisała. Z jazdy syna jestem zadowolony. Świetnie pojechał sesję treningową, kwalifikację i pierwszy wyścig. W drugim został zablokowany. To była gra fair play przeciwnika, ale niestety skuteczna, która uniemożliwiła synowi wygranie finałowego biegu.

Oskar na treningach i w kwalifikacji uzyskiwał najlepsze czasy, lepsze od seniorów ścigających się w klasie open. Do pierwszego wyścigu przystąpił w roli faworyta i potwierdził wysokie aspiracje. Prowadził od startu do mety. Dublował zawodników, a trzeba zaznaczyć, iż wyścig trwa zaledwie sześć minut plus dwa okrążenia.

- Pierwszy bieg był bez historii – twierdzi Oskar Kaczmarczyk. – No może z małymi problemami wynikającymi z tego, że niektórzy jeźdźcy wywracali i klinowali się w piachu lub kamieniach, bo na torze zrobiły się dziury. Trzeba było dobrze kombinować, by na nich nie najechać. Z różnych stron próbowałem ich omijać. Z każdym metrem moja przewaga rosła. Na mecie wyprzedziłem Juszczaka o pół okrążenia.

Oskar wygrał pierwszy wyścig w cuglach i dlatego w drugim wystartował jako ostatni, w odwrotnej kolejności od zajętych miejsc w pierwszym starcie. To spore utrudnienie, bo przed nim jechali zawodnicy słabsi, gorzej zaawansowani technicznie. Trzeba było uważać, by nie zrobić sobie i im krzywdy przy wyprzedzaniu. Po starcie szybko znalazł się na szóstej pozycji, a po dwóch okrążeniach już przebił się do trzeciej pozycji. Tutaj napotkał na opór Magierskiego. Ten, w ramach przepisów, utrudniał jak mógł życie Oskarowi. Nie pozwalał się wyprzedzić. Blokował skutecznie, ale do czasu.

- Siedziałem mu cały czas na kole – opowiada Oskar. – Taka jazda sprawiała, że cały czas sypał mi piaskiem po oczach. Szok. Na szczęście do wywrotki nie doszło. Walka była straszna. Jakoś w końcu sobie z nim poradziłem, wyprzedziłem go, ale przewaga nad dwójką prowadzących była dość spora. Magierowski zrobił różnicę. Rzuciłem się w pościg za rywalami, zdołałem jednego wyprzedzić, ale do Juszczaka był spory dystans. Gdyby były jeszcze dwa okrążenia do mety, to sądzę, że mógłbym skutecznie powalczyć o zwycięstwo.

Stefan Leśniowski, zdj. Jakub Łukaszczyk

źródło: SportowePodhale

Więcej na temat
komentarze
reklama
reklama