Nasze trasy: Droga Pienińska

Niedziela, 1 sierpnia 2021 08:00

Dziś zabieramy Was na wycieczkę jedną z najpiękniejszych tras w Małopolsce. Przełom Dunajca większości z Was kojarzy się pewnie z flisakami pienińskimi i spływem drewnianymi tratwami, ale tą samą trasę można pokonać wzdłuż rzeki na rowerze.

Zaczynamy naszą trasę w Szczawnicy - tu w okolicy przystani flisackiej, na której kończy się spływ powstał kilka lat temu dwupoziomowy parking. Miejsca postojowe są płatne i niestety dość ciasne, szczególnie jeśli mamy na przykład ściągnąć rowery z dachu samochodu. Nie ma jednak co narzekać, bo jak już uporamy się z rozpakowaniem samochodu, to wprost z parkingu wjeżdżamy na most Flisaków i dalej już w górę rzeki.


Początkowo trasa jest dość zatłoczona, pełna spacerowiczów, trzeba więc uważać. Mijamy wspomnianą przystań flisacką, przejeżdżamy obok stromego podjazdu do schroniska Orlica, by po chwili dojechać do pawilonu Pienińskiego Parku Narodowego. Stąd ruch na ścieżce wyraźnie maleje.

Jedziemy dalej - cały czas wzdłuż rzeki, na której co rusz pojawiają się flisackie tratwy, kajaki i pontony. Niebawem dojeżdżamy granicy państwa i wjeżdżamy na Słowację. Większa część naszej dzisiejszej trasy prowadzi przez teraz naszego południowego sąsiada - i o ile normalnie byłoby to wręcz niezauważalne, dziś, z powodu pandemii dobrze przed wyjazdem sprawdzić aktualne warunki przekraczania granicy by uniknąć przykrych niespodzianek.


Podczas naszego wyjazdu nie było żadnych ograniczeń ani kontroli na miejscu. Pojechaliśmy dalej mijając miejsce, gdzie kończy się spływ organizowany przez słowackich flisaków.

Droga jest szutrowa ale twarda i równa, dzięki czemu jedzie się całkiem przyjemnie. Miejscami ścieżka wspina się dość wysoko nad linią wody a niezabezpieczona krawędź nad kilkumetrową prawie pionową skarpą zmusza nas do dużej ostrożności. Ścieżka nie jest zbyt szeroka - w normalnym ruchu mijanie się nie stanowi problemu ale w środku sezonu, kiedy rowerów i pieszych jest dużo trzeba uważać.


W kilku miejscach na trasie czekają nas ostrzejsze podjazdy i zjazdy. Tu tworzą się przy dużym ruchu zatory, gdyż część rowerzystów wypycha rowery pod górę, część powoli wjeżdża walcząc ze wzniesieniem a jeszcze inni żwawo pokonują górkę na rowerach elektrycznych. Jeśli dodamy do tego rowery jadące z góry, robi się niezłe zamieszanie. Bądźcie czujni.

Jadąc mijamy kolejne zapierające dech w piersi obrazy - pionowe skały Sokolicy, miejsce gdzie Janosik przeskoczył rzekę uciekając przed obławą czy wreszcie Trzy Korony. Po drodze - poza okolicami polsko-słowackiej granicy nie ma sklepów czy punktów gastronomicznych. Watro więc zadbać o napoje i kanapki, szczególnie, że przy trasie znajdują się zadaszone ławki w sam raz na piknik.


Ścieżką docieramy do Czerwonego Klasztoru. Wcześniej mijamy kamping i pozostałości po uroczej scenie ze szczytem Trzech Koron w tle. Kiedyś odbywały się tu wielkie i huczne folkowe imprezy, także z udziałem polskich zespołów regionalnych.
Przy czerwonym Klasztorze znajdziemy punkt gastronomiczny i restaurację. Gdyby ktoś zdążył zatęsknić za Polską to kilkaset metrów dalej jest kładka, którą wrócić można do Ojczyzny, dokładnie Sromowiec Niżnych.


Wracamy tą samą trasą. Wcześniejsze podjazdy pokonujemy teraz w dół, więc na szutrowej nawierzchni trzeba dobrze kontrolować prędkość. Powrót odbywa się "w dół rzeki", rozum podpowiada więc, że powinno być łatwiej. I rzeczywiście jest, choć nie jest to duża różnica. Trasa tam i z powrotem liczy sobie blisko 20 km, i nam, z 8-latką w ekipie zajęła ona nieco ponad 2 godziny.



Na parkingu czekała nas, i będzie czekała Was niespodzianka. Parkomat pobierający opłaty przyjmuje tylko gotówkę, najchętniej w bilonie lub banknoty ale tylko o nominałach 10 i 20 zł. Nie ma możliwości opłacenia należności za postój kartą czy blikiem czy aplikacją.


wo/

Więcej na temat
komentarze
reklama
reklama